środa, 16 stycznia 2013

13. Gatunek bliżej nieokreślony

O ile Tokio różniło się dość znacząco od Tastentoon, o tyle w Oslo zaczęłam odnosić wrażenie, że znajduję się na zupełnie innej planecie. Nie chodziło jedynie o cudowne widoki, na które składały się pokryte śniegiem góry i lasy, ale i niezwykle czyste miasta. Nie trudno było stwierdzić, że życie tutaj znacznie różni się od tego, które prowadziłam na co dzień.
-         A więc powiadasz, że teraz dokąd?
Razem z Radfordem znajdowaliśmy się w bliżej nieokreślonym miejscu. Po opuszczeniu samolotu zostaliśmy zupełnie sami, zziębnięci i zmęczeni podróżą. Starałam się ignorować uwagę Radforda na temat tego, że na Danilli będzie znacznie zimniej i ostatecznie mam jeszcze szansę się wycofać. Jak na młodą Kaviste przystało, brnęłam do przodu, pomimo tego, iż powoli zaczynałam tracić czucie we wszystkich kończynach.
-         Stwierdzam, że na północ. Stąd już prosta droga do Milandii... – odparł brunet, dzielnie stawiając kolejne kroki przez ośnieżone pola.
-         A czy Milandia przypadkiem nie została przez was zmyślona? Tak mi się zdawało... – zauważyłam.
Radford zachichotał, ale z powodu silnie wiejącego wiatru nie było to zbyt dobrze słyszalne.
-         Nie, ona akurat istnieje naprawdę. Jest to maleńkie państewko zamieszkane głównie przez almightian pracujących w Instytucie i wtajemniczonych ludzi. Tam właśnie znajduje się Brama i to właśnie tam się wybieramy.
-         Rozumiem. Powiadasz, że to tak z 500 km, tak? – upewniłam się.
-         Mniej więcej – odparł chłopak w momencie, gdy płatek śniegu osiadł na jego nosie.
Westchnęłam. Nie potrafiłam wyobrazić sobie tego, że w ciągu trzech dni pokonamy taką odległość piechotą, a Radford uparcie zatajał przede mną plan, który z całą pewnością rodził się w jego umyśle.
Ustaliliśmy zgodnie, iż dłuższe odcinki drogi pokonywać będziemy w milczeniu, co by zbytnio nie przemęczać organizmu. Dzielnie stawialiśmy kolejne kroki, które liczyłam z nudów. Gdy zbliżaliśmy się do ośmiu tysięcy, Radford przystanął nagle.
-         Jesteśmy na miejscu – stwierdził chłopak.
-         Poważnie? – Niechętnie uniosłam wzrok znad czubków ośnieżonych butów.
Nie zauważyłam nic, co można by nazwać rzeczonym „miejscem”. W polu mojego widzenia dostrzegłam jedynie starą karczmę rodem ze średniowiecza, kilka skromnych domków i drzewa. W oddali malował się górski krajobraz.
Radford dziarskim krokiem ruszył w stronę karczmy. Zdezorientowana poszłam w jego ślady.
Frontowa ściana budynku nie wyglądała zbyt zachęcająco, mimo to nie zawahaliśmy się otworzyć ciężkich, drewnianych drzwi o zardzewiałych zawiasach. Wnętrze również nie wyróżniało się niczym wyjątkowym. Ściany wykończone drewnem, podłoga i meble również z tego samego materiału, co więcej – w podobnym odcieniu. Jako że nie docierała tu elektryczność, nowoczesne lampy ustąpiły miejsca wymyślnym świecznikom zawieszonym zarówno u sufitu, jak i przyczepionym do filarów i ścian. Całe pomieszczenie sprawiało wrażenie niezadbanego – podłoga, stoliki i lada pokryte były cienką warstwą kurzu. Mimo wszystko Radford nie musiał długo namawiać nie, abym pozostawiła za sobą bezkresne śniegi i weszła do środka.
-         Witam – zaczął brunet, gdy podeszliśmy do lady. – Czy można tu wynająć pokój na noc?
Mężczyzna w średnim wieku obrzucił mojego przyjaciela wzrokiem. Wyglądał tak, jak gdyby nie zrozumiał jego słów.
-         Pokój na noc? – powtórzył łamaną angielszczyzną. W jego głosie dało się wyczuć wyrazisty, europejski akcent.
Radford skinął głową.
Mężczyzna wymienił spojrzenie ze starszym od siebie brodaczem, który zapamiętale palił cygaro w rogu pomieszczenia. Wymienili kilka zdań w nieznanym mi języku.
-         Tak, oczywiście. – Stwierdził po chwili.
-         Ile będzie kosztować jedna noc? – zapytał Radford.
Mężczyzna przekręcił głowę na bok, przez co wyglądał niczym zamyślona sowa. Jego obfite bokobrody, okrągła twarz i wyłupiaste oczy jedynie potęgowały ten efekt. Pozostał w tej pozycji przez dłuższą chwilę, zapewne analizując słowa Radforda. A może starał się odnaleźć na nie odpowiedź?
-         Free – odparł w końcu, po czym odnalazł klucz gdzieś pod ladą i wręczył go mojemu przyjacielowi. Brodacz z cygarem niechętnie podniósł wzrok.
-         Dziękujemy – powiedział Radford i ruszył w stronę skąpanych w półmroku schodów, które mężczyzna wskazał nam skinieniem ręki.
Baz słowa podążyłam za brunetem. Gdy zamknęliśmy za sobą drzwi zatęchłej sypialni, usiadłam na skrzypiącym, bujanym fotelu.
-         A teraz chwila na wyjaśnienia – zaczęłam, ostentacyjnie łącząc palce ze sobą.
Radford uśmiechnął się nieznacznie. Rzucił plecak na łóżko, z którego poderwała się warstwa kurzu.
-         Przeczekamy tu noc. Odpoczniemy i wyruszymy jutro z samego rana. Kilka kilometrów dalej znajduje się jeden z oddziałów Instytutu. Tam na pewno znajdzie się ktoś, kto podwiezie nas pod samą Bramę, a może nawet i dalej.
-         Wszystko jasne, dziękuję.
Skinieniem głowy pozwoliłam chłopakowi usiąść, ten jednak już po chwili znalazł się przy oknie z papierosem w ustach. Gdy dopadło mnie zimne powietrze, zadrżałam niczym ryba w galarecie.
-         Zamknij to okno, zimno mi! – krzyknęłam i skuliłam się w sobie.
Radford zignorował jednak moją prośbę. Wlepiał wzrok w bliżej nieokreślony punkt w krajobrazie i z zapamiętaniem wypuszczał z płuc kłęby dymu.
-         Słyszysz co mówię!? – ponagliłam go.
-         Nie jest ci zimno – stwierdził, czym upewnił mnie w przekonaniu, iż chwilowo znalazł się w stanie dysfunkcji psychicznej.
-         Że co!?
-         Wmawiasz sobie, że jest ci zimno, ale wcale tak nie jest. To tylko twoja wyobraźnia – ciągnął.
Odniosłam wrażenie, jakbym właśnie rozmawiała z nawiedzonym hipisem lub kimś podobnym.
-         O czym ty mówisz!?
Mój głos zaczął drżeć z zimna. Byłam wściekła na Radforda, co miało swoje plusy, bo równocześnie podnosiło to nieco temperaturę mojego ciała. Mimo wszystko byłaby znacznie wyższa, gdyby mój przyjaciel zamknął okno.
-         Ludzie są tak ograniczeni... – mruknął i zgasił papierosa o drewnianą ramę okna.
Brunet poderwał się z miejsca i podszedł do mnie, zostawiając okno szeroko otwarte. Wziął mnie za ręce, a jego hipnotyzujące spojrzenie nie pozwalało mi oderwać wzroku. Wstałam z miejsca.
-         Opowiem ci teraz historię pewnej mewy – zaczął. Nawet nie zorientowałam się, kiedy zaczął rozpinać guziki mojego płaszcza. Spojrzenie chłopaka sprawiało jednak, iż nie mogłam wykonać żadnego ruchu. – Dawno temu pewna mewa złożyła jaja. Jedno z nich było bardzo ciekawe świata, więc wytoczyło się z gniazda i wylądowało w legowisku żółwi. Tam wykluło się razem z małymi żółwiami. Starsza żółwica wychowywała mewę jak własne dziecko. Ptaszyna bawiła się z małymi żółwiami, pływała i wygrzewała się na piasku, nie mając nawet pojęcia o tym, kim jest naprawdę. Wmawiano jej, że jest żółwiem. Zapewniano ją, że nie potrafi latać. Ale przecież potrafi, prawda?
-         Tak – mruknęłam i posłusznie kiwnęłam głową.
-         Ludzie często wmawiają nam różne rzeczy, a prawda bywa zupełnie inna. A gdybyś urodziła się na przykład jako polarny miś, a wmawiano by ci, że jesteś człowiekiem? Czy wtedy upierałabyś się przy tym, że jest ci zimno?
-         Tak – powtórzyłam.
-         A czy wtedy umiałabyś latać? – dorzucił chłopak, po czym uśmiechnął się w niepokojący sposób.
Wybudziłam się z transu, gdy słowa mojego przyjaciela zaczęły tracić sens. Dopiero wtedy zorientowałam się, że mam na sobie już tylko cienką koszulkę.
-         Radford! – krzyknęłam, chłopak jednak uciszył mnie, ostentacyjnie kładąc palec na moich ustach.
-         Jest ci zimno? – spytał.
Spojrzałam na swoje nagie ramiona. Oczywiście, że dotykał ich chłód. Dotykał, jednak moja podświadomość nie pozwalała mu przenikać głębiej. Zimne powietrze opływało moje ciało niczym woda, a gruba warstwa silnej woli sprawiała, iż nie czułam chłodu. Mimo to nie zamierzałam puścić mimo uszu faktu, że Radford wbrew mojej woli pozbawił mnie ubrań.
-         Ty pieprzony, niewyżyty zboczeńcu! – ryknęłam, po czym odsunęłam od siebie rękę bruneta i zaserwowałam mu prawy i lewy sierpowy jednocześnie.
Radford zakołysał się lekko i spojrzał na mnie zaskoczony, natomiast ja – wielce zadowolona ze swojego czynu - szybko założyłam sweter, zamknęłam okno i wróciłam na bujany fotel.
-         Dostajesz oficjalny zakaz zbliżania się do mnie na odległość mniejszą niż 5 metrów – powiedziałam. – Mam wrażenie, że ostatnimi czasy trochę za bardzo się do mnie przystawiasz.
Zielonooki wybuchnął śmiechem. Usiadł na łóżku, które wyraziło swój protest głośnym skrzypnięciem.
-         Brak mi czułości  - wyjaśnił chłopak tonem, którym równie dobrze mógłby opowiadać dowcipy.
-         Nie wątpię – burknęłam, podwijając rękaw swetra. Nagle zrobiło się dziwnie gorąco. – Tak wiele czasu minęło od dnia, gdy kochałeś się z Nathem, nieprawdaż?
-         Zaiste – skomentował chłopak, po czym wyciągnął z plecaka mangę, ułożył się wygodnie i zagłębił się w lekturze. – Nie bierz sobie tego do serca, dobrze? Zdrada Nathaniela to ostatnie rzecz, o jakiej teraz myślę.
-         Wierzę w to -  odparłam z czułością. – Po prostu kocham działać ci na nerwy.
-         I wzajemnie – rzucił Radford i uśmiechnął się.
Pierś chłopaka unosiła się i opadała w równym tempie, gdy zagłębiał się w treść komiksu. Ja natomiast niczym dziecko cieszyłam się z możliwości zabawy w bujanym fotelu. Rozrywka ta szybko jednak zaczęła tracić sens, gdy uporczywe myśli wtargnęły do mojej głowy.
-         Skąd wiedziałeś, że potrafię zapanować nad odczuwaniem zimna, co? – zaczęłam, ostentacyjnie zakładając nogę na nogę.
-         Nie wiedziałem. – Radford nie podniósł wzroku znad mangi. – Miałem po prostu nadzieję, że ten bliżej nieokreślony gatunek, do którego należysz jest nieco bardziej rozwinięty niż ludzie.
-         Czyli działałeś w ciemno, tak? – rzuciłam z lekką urazą w głosie.
-         Tak, dokładnie.
-         Rozumiem – mruknęłam i zaczęłam zapamiętale skubać rękaw swetra.
Przed oczami zamajaczył mi obraz jednaj z najcięższych nocy, jakie do tej pory przeżyłam. Moje ciało przebiegł dreszcz, a serce zabiło mocnej, gdy uświadomiłam sobie, że w tamtej nocy patrzyłam w oczy samej śmierci.
-         Wy, almightianie, jesteście z reguły bardzo nieodpowiedzialni – stwierdziłam.
Radford oderwał wzrok od komiksu i na moment utkwił go w bliżej nieokreślonym punkcie w przestrzeni. Ściągnął brwi, co świadczyło o tym, że dokładnie analizuje moje słowa.
-         Co masz na myśli? – rzucił w końcu. Teraz jego spojrzenie padło na mnie.
Podkuliłam kolana i objęłam je ramionami, po czym poruszyłam się na fotelu, aby złapać równowagę. Chłopak położył nadal otwartą mangę na brzuchu.
-         Nie zauważyłeś tego? Zachorowałam kiedyś na to wasze ojitsujiri, pamiętasz? Jasmine mogła mieć tylko nadzieję, że to wasze zaklęcie mnie nie zabije. A jednak go użyła – przypomniałam.
-         W tym wypadku nie miała wyboru. Wybierała między pewną i mniej pewną śmiercią.
Poczułam suchość w gardle, gdy brunet wspomniał o mojej „pewnej śmierci”.
-         A gdybym teraz zamarzła na kość? – ciągnęłam.
-         Nie zamarzłabyś. Nadal jesteśmy na Ziemi, a tutaj jest co najwyżej czterdzieści stopni poniżej zera.
-         To i tak...
-         Zamarzłabyś, gdybym cię tego nie nauczył, zapewniam cię. W tym wypadku również nie miałem wyboru, Lizz.
-         Ale...
-         Przesadzasz – przerwał mi chłopak dość ostrym tonem. Wyprostowałam się gwałtownie, by po chwili znów otulić kolana rękoma. – Szukasz dziury w całym. Co masz właściwie na myśli?
-         Nic, nieważne – mruknęłam i spuściłam wzrok.
Kątem oka dostrzegłam, jak Radford uśmiecha się do siebie.
-         Almightianie nie są tacy źli, jacy mogliby ci się wydawać – stwierdził chłopak.
-         I mówi to zdetronizowany książe, który wybrał się z panienką z bliżej nieokreślonego gatunku w szaleńczą podroż, ażeby odbić swoją almightiańską rodzinkę z rąk almightiańskiego tyrana – rzuciłam z sarkazmem.
-         Właściwie, to...
Radfordowi nie dane było skończyć, gdyż w połowie zdania przerwał mu przeraźliwy trzask wywołany przez drzwi, które zostały gwałtownie otwarte przez brodatego mężczyznę. Gospodarze lokalu i najpewniej ich znajomi dość sporą grupką wtargnęli do naszej sypialni, wykrzykując coś w języku, którego nie rozumiałam. Mogłabym przysiąc, że jeden z nich zaciągał po rosyjsku. Drzwi z impetem uderzyły o bujany fotel, który mimo to nie stracił równowagi. Odruchowo zakryłam głowę rękoma i niczym żółw ukryłam się w niewidzialnej skorupie. Starałam się oddychać spokojnie, jednak szybko porzuciłam ten zamiar, gdy spośród krzyków wyłapałam odgłos uderzenia i nieco dziewczęcy pisk Radforda.
Nie minęła nawet chwila, a poczułam, jak coś z impetem uderzyło mnie w ręce, którymi szczelnie osłaniałam czaszkę. Zakręciło mi się w głowie, a w uszach rozbrzmiał odgłos łamanej kości. Zrobiło mi się niedobrze.
Nim się zorientowałam, ktoś złapał mnie za nogi i począł ciągnąć po podłodze w nieznanym mi kierunku. Kultura słodkiej, bezbronnej panienki nakazywałaby w tym momencie krzyczeć ile sił w płucach, co by mój przesłodki książe na białym, rączym rumaku mógł usłyszeć moje wezwanie. Ja jednak usilnie starałam się zachować spokój, aby nawet w najmniejszym stopniu nie upodobnić się do wyżej wymienionego typu dziewczyny. Doszłam do wniosku, że szarpanie się również nie przyniesie większych efektów, zwłaszcza w momencie, gdy krew cieknąca z ręki zalewała mi twarz. Jedyne, co mi w tym momencie pozostało, to baczne obserwowanie otoczenia.
Po chwili luksusowej podróży znalazłam się w pomieszczeniu nieco większym, niż sypialnia, którą nam udostępniono. Pokój nie wyglądał zbyt przyjemnie. Na dobrą sprawę można było pokusić się o stwierdzenie, że w pewnym stopniu przypominał prowizoryczną salę tortur. Na beczkach po winie, które najpewniej zastępowały stoliki, porozkładane były świece, noże, kajdany i łańcuchy. W kącie dostrzegłam również solidny łom. Na widok tych przyrządów moje serce dostosowało nareszcie swój rytm do zaistniałej sytuacji.
Nigdy nie myślałam o tym, że coś może mi grozić. Nigdy nie wpadłam na to, że pewnego dnia moje życie może w drastyczny sposób się zakończyć. W tym momencie zaczęłam się nad tym zastanawiać.
Gdy poczułam, że brodaty mężczyzna trzyma moją nogę znacznie delikatniej, wyrwałam się i – wykorzystując w pełni swoje położenie, rozłożenie masy ciała oraz fakt, że moja druga noga nadal tkwi w jego dłoni – z szybkością godną ninja kopnęłam go w krocze. Mało subtelny gest, wiem, ale jakże skuteczny! Mężczyzna zgiął się w pół, tym samym puszczając mnie wolno. Podniosłam się, rozejrzałam w koło i odruchowo rzuciłam się na Radforda, który był w tym momencie okładany przez dwóch łysych, nieprzyjemnie wyglądających Europejczyków.
-         Trzymaj się – mruknęłam.
Wtuliłam twarz w klatkę piersiową przyjaciela, a ten przycisnął mnie do siebie dłonią. Chłopak pachniał potem i krwią. Zamknęłam oczy i płytko nabrałam powietrza. Mimo, iż nie był to najodpowiedniejszy moment, zdałam sobie sprawę z tego, że Radford nigdy nie mógłby być dla mnie księciem z bajki. Jego objęcia nie były dla mnie azylem, nie czułam się w nich bezpiecznie.
Kolejny cios wylądował na moim ramieniu. Stojący nad nami mężczyźni zamienili ze sobą kilka słów.
-         Mhm – odparł Radford w momencie, gdy silne dłonie jednego z oprawców uniosły mnie w górę i odrzuciły na drugi koniec pomieszczenia.
Z impetem uderzyłam głową o metalową rurę. Mimo to nie zemdlałam, a jakże! Na w pół przytomna patrzyłam, jak najmłodszy z mężczyzn, około dwudziestoletni chłopak o długich, rudych włosach zbliża się do mnie. W ręce trzymał nóż, a w jego oczach tlił się ogień.
-         Boisz się? – spytał, ujmując mój podbródek w dłonie. Patrzył na mnie, a ja nie ważyłam się odwrócić wzroku od jego spojrzenia. Przed oczami stanęła mi wizja Jasmine, która równie dzielnie patrzyła w oczy tyrana.
-         Nie – odparłam, za co zostałam uderzona w skroń.
-         Powinnaś – mruknął i z nieukrywaną, wręcz dziecięcą satysfakcją przesunął nożem po moim swetrze, który pod wpływem ostrza rozstąpił się.
Młody mężczyzna nie skończył swojej zabawy. Przez dobrą minutę przyglądałam się, jak pozbawia mnie ubrania. Po chwili skrawki mojego swetra, koszulki i stanika znalazły się na podłodze, a płytka, jednakże obficie krwawiąca rana naznaczyła mój brzuch.
Spojrzałam na oprawcę z wyrzutem i zakryłam piersi rękoma. Poczułam ból w nadgarstku, gdy przycisnęłam go do ciała ramieniem. Mężczyzna zaśmiał się w sposób, który jawnie świadczył o jego sadystycznych upodobaniach.
-         Radford, mógłbyś coś wreszcie zrobić? – rzuciłam z wyrzutem, gdy dotarło do mnie, że mój współwięzień jest magicznym księciem z innej planety.
-         Nie mogę – odparł chłopak. – To są ludzie, nie mogę ich krzywdzić.
-         A od kiedy ty tak skrupulatnie przestrzegasz zasad, co? – ryknęłam, patrząc z przerażeniem, jak zajmujący się mną młodzieniec rozpina spodnie, ukazując wypukłość malującą się pod szarymi bokserkami. – Jeśli czegoś nie zrobisz, to oni skrzywdzą nas!
-         Na twoją odpowiedzialność – mruknął mój przyjaciel w momencie, gdy zamknęłam oczy.
Coś błysnęło i nagle zrobiło się niesamowicie cicho. Krzyki mężczyzn szybko przerodziły się w coś, co można by uznać za ciche popiskiwania nietoperza. Raz po raz słyszałam, jak kolejne ciała bezwiednie opadają na podłogę. Gdy otworzyłam oczy, istotnie ujrzałam nietoperza, który zatapiał kły w szyi stojącego przede mną mężczyzny. Gdy i jego ciało padło na ziemię, ssak osiadł na podłodze i w magiczny sposób przemienił się w mojego przyjaciela.
Wiele czasu minęło, zanim moje serce odzyskało naturalny rytm. Wzięłam kilka głębokich oddechów. Wciąż byłam oszołomiona. Wiedziałam, co dzieje się wokół mnie, mimo to nie mogłam oderwać wzroku od bladych ciał naszych oprawców. Nie potrafiłam uświadomić sobie tego, że jeszcze chwilę temu byli to ludzie, którzy usiłowali nas zabić. Radford podał mi dłoń i pomógł mi wstać. Skrzywiłam się, gdy chwycił uszkodzony nadgarstek. Zarzucił bluzę na moje ramiona i przycisnął mnie do siebie. Poczułam, że jego serce również uderza z kilkakrotnie większą prędkością, niż zwykle.
-         Wszystko będzie dobrze, nic się nie stało – mruknął chłopak odruchowo.
-         Przecież wiem – odparłam i jeszcze mocniej wtuliłam się w niego. – Teraz ty mi powiedz, dlaczego wcześniej nie powiedziałeś, że potrafisz zmieniać się w nietoperza!? – krzyknęłam.
Radford zachichotał.
-         Masz rację, to w tym momencie najistotniejsze – stwierdził z uśmiechem.
-         Właśnie tak! Czy ty wiesz, ile moglibyśmy osiągnąć, gdybyś powiedział mi o tym wcześniej!? Na litość, Ra...
Brunet zakrył mi usta dłonią, przez co nie dane mi było dokończyć. Klasyczny książe z bajki zakryłby usta swojej księżniczki pocałunkiem, ale nie! Mój przyjaciel był świadomy tego, że za taki manewr zostałby przeze mnie poważnie skrzywdzony.
-         Później opowiem ci więcej na ten temat. Teraz musimy się stąd zbierać – mruknął mi do ucha.
-         Tak, masz racje – stwierdziłam. – Teraz najważniejsze jest to, że jesteśmy bezpieczni.
-         Przynajmniej teraz – dorzucił chłopak i odsunął się ode mnie.
Kątem oka spojrzał na szczątki moich ubrań.
-         W plecaku mam coś na zapas – wytłumaczyłam i ruszyłam przed siebie.
Czułam się tak, jak gdyby moje nogi zrobione były z waty. Radford szybko zdał sobie z tego sprawę, gdyż w mgnieniu oka wziął mnie pod rękę, za co podziękowałam mu serdecznym uśmiechem.
Po chwili znaleźliśmy się z powrotem w naszej sypialni. Poczułam odrazę do tego miejsca. Sprawiało wrażenie czegoś bezużytecznego, wręcz niebezpiecznego. Pospiesznie włożyłam zapasowe ubrania i oddałam przyjacielowi bluzę.
-         Tośmy sobie odpoczęli – skomentowałam.
Poczułam, że mój głos drży.
-         Musimy coś zjeść – stwierdził brunet.
Spojrzałam na niego, a wtedy coś w jego wyglądzie mnie zaniepokoiło.
-         Rad, czy ty ostatnio nie miałeś zielonych oczu? – spytałam, z zaskoczeniem wpatrując się w demoniczne, czerwone tęczówki przyjaciela.
-         Tak, tak, wiem. To przez ludzką krew. Zresztą almightiańska działa podobnie. To przejdzie – wytłumaczył chłopak.
Prawdę mówiąc, z biologicznego punktu widzenia miało to sens.
-         Mam nadzieję – rzuciłam po chwili. – Bo na razie wyglądasz co najmniej jak Gasai Yuno* w chwili miłosnego uniesienia.
-         Zacne porównanie, milordzie – odparł Radford, po czym wziął do ręki mangę i umieścił ją w plecaku.
Spojrzałam na bujany fotel i przez chwilę zapragnęłam zabrać go ze sobą. Szybko jednak odrzuciłam tę myśl, gdy poczułam, jak burczy mi w brzuchu.
-         Wspominałeś, że powinniśmy coś zjeść, prawda? W pełni to popieram.

* * *

W opustoszałym budynku bez problemu odnaleźliśmy dobrze wyposażoną kuchnię. Nie ukrywam, że europejskie jedzenie nieszczególnie nam zasmakowało, ale lepsze to, niż śmierć głodowa. Po spożyciu kanapek z szynką i jakimś nieznanym mi warzywem, spakowaliśmy to, co się dało do plecaków i ruszyliśmy dalszą podróż.
-         Następnym razem to ja wybieram miejsce noclegu, jasne? – rzuciłam, z przesadną siłą zamykając za sobą drzwi karczmy.
-         Mam wrażenie, że to było ostatnie cywilizowane miejsce noclegu na naszej trasie, Lizz. Nie licząc oczywiście Instytutu – stwierdził brunet.
Słowa Radforda sprawiły, że dreszcz przebiegł mi po plecach.
-         Opowiesz mi coś więcej na temat tego całego Instytutu? – zagadnęłam.
Wzniosłam wzrok ku niebu i uśmiechnęłam się, gdy płatek śniegu osiadł na moim policzku i szybko przemienił się w kroplę wody. Zachwycał mnie fakt, jak przyjemne może być uczucie chłodu, jakie oferował nam padający z nieba, biały puch.
-         Jasne – odparł chłopak. – Instytut jest to placówka, która zajmuje się produkcją pożywienia w ziemskich warunkach i transportem jej na Danillię. Ma sens, prawda? Danillia nie jest w stanie wydać plonu na tyle obfitego, aby wykarmić wszystkich jej mieszkańców. Dopóki mój ojciec nie wpadł na pomysł z założeniem Instytutu, almightianie cierpieli głód. Teraz czasy się zmieniły. Danillia może nie opływa w luksusy, ale śmiertelność jej mieszkańców znacznie zmalała. Teraz oficjalnie Instytutem zajmuje się Patrick, chociaż tak naprawdę to Casper pilnuje wszystkich pracowników i dogląda transportu żywności.
-         Casper jest...
-         Niezrównoważony? To chciałaś powiedzieć? – zasugerował Rad.
-         Takie odniosłam wrażenie. Czy to prawda, że zrobił pacynkę z głowy ojca Fabiana? – spytałam.
-         A jelita mojej matki wisiały w jego pokoju jako serpentyny. Tak, to prawda. Szczerze mówiąc, nie dziwię się, że ten człowiek właśnie tak się zachowuje. Na ziemi powiedziano by, że miał ciężkie dzieciństwo i to odbiło się na jego psychice.
-         Skąd możesz znać przeszłość człowieka, którego widziałeś tylko raz i był to dzień, kiedy zginęli twoi rodzice, a ty z rodzeństwem uciekłeś na Ziemię?
-         Tak, masz rację, przypominaj mi... – Radford spuścił głowę na wspomnienie tragicznego dnia.
-         Nie rozczulaj się, tylko odpowiedz na moje pytanie! – krzyknęłam.
-         Fabian nam opowiedział – rzucił szybko Rad. – Wierz lub nie, ale on i Casper dość dobrze się znają. Wiedzą o sobie znacznie więcej, niż powinni o sobie wiedzieć przeciętny pracownik i szef.
Przed oczami stanął mi obraz zrozpaczonego po śmierci ojca Fabiana i szalonego mordercy Caspera złączonych w przyjacielskim uścisku.
-         Przykro mi, ale nie potrafię tego pojąć. Nie wierzę, że Fabian jest w stanie rozmawiać z zabójcą swojego ojca – stwierdziłam.
Od natłoku nie pasujących do siebie informacji zakręciło mi się w głowie.
-         Mówiłem już o tym, że Casper jest niezrównoważony? Ma też kilka innych, ciekawych cech. Najprawdopodobniej nie potrafi kłamać, a do tego bardzo łatwo jest nim manipulować. Fabian ma wpływ na niego, a on ma wpływ na Patricka.
-         Czyli mając po swojej stronie Fabiana, ostatecznie możecie rządzić Danillią będąc na Ziemi? – skwitowałam.
Radford spojrzał w gasnące niebo, a gwiazdy zamigotały w jego spojrzeniu.
-         Jeśli spojrzeć na to w najbardziej optymistyczny z możliwych sposobów, to tak. Ale, jak pewnie sama zresztą zauważyłaś, nie wszystko idzie zgodnie z planem.
-         Nie ogarniam tego – stwierdziłam, na co Radford zachichotał.
-         Nie dziwię się. W gruncie rzeczy jest to bardziej skomplikowane, niż mogłoby się wydawać. Czuję, że w tych wszystkich zagmatwanych układach są kłamstwa i przekręty, o których nie wiem, więc z góry przepraszam, jeśli podaję ci fałszywe informacje. Mówię, co wiem.
-         W porządku – rzuciłam.
Radford z zainteresowaniem spojrzał przed siebie, a ja bezwiednie powędrowałam za jego wzrokiem. W oddali malowało się kilka drzew, z których jedno przeważało nad innymi pod względem swoich rozmiarów. Krajobraz ten prezentował się całkiem ładnie, ja jednak nie dostrzegłam w nim nic, co mogłoby zainteresować mojego przyjaciela.
-         A czy mógłbyś mi powiedzieć jeszcze... – zaczęłam, jednak nie dane było mi dokończyć.
-         Przepraszam, Elisabeth, nie teraz. Jesteśmy na miejscu – stwierdził chłopak, a ja zaczęłam podejrzewać go o urojenia.
-         Oczywiście, jesteśmy na środku lodowej pustyni. Chociaż wież co? Niech będzie, wierzę ci na słowo – rzuciłam z nutką ironii w głosie, a Radford uśmiechnął się pod nosem.
Chłopak chwycił mnie za nadgarstek i zaciągnął w kierunku drzew. Z plecaka wydobył różdżkę i zamachał nią w powietrzu. Z jej końca posypały się czerwone iskry. Naszym oczom ukazały się oszklone drzwi sprytnie zamontowane w najgrubszym z drzew.
-         Brawo, umiesz czarować! – wykrzyknęłam z entuzjazmem godnym pięciolatki i zaklaskałam w dłonie.
-         No tak. – Radford zawahał się przez chwilę i schował różdżkę do plecaka. – No bo jestem czarodziejem – dodał.
-         Myślałam, że jesteś wampirem – stwierdziłam.
-         Nie, jestem almightianem z przesileniem na wampira – sprostował chłopak.
-         Przed chwilą powiedziałeś, że jesteś czarodziejem – zauważyłam.
Brunet spuścił głowę i westchnął ciężko.
-         Przypomnij mi, żebym ci to w wolnym czasie wytłumaczył, dobrze? Na razie zostańmy przy tym, że jestem almightianinem.
-         Jasne. – Kiwnęłam głową.
Radford nacisnął klamkę, po czym weszliśmy do środka. Znaleźliśmy się w ciasnej klatce schodowej, która prowadziła dobre kilkadziesiąt metrów w dół. Po męczącej, monotonnej wędrówce po schodach naszym oczom ukazały się kolejne drzwi, tym razem uchylone, zupełnie, jak gdyby ktoś spodziewał się naszej wizyty.
Wnętrze nie różniło się zbytnio od przeciętnego, nowoczesnego biurowca, można było jednak wyczuć, że wystrojem zajmowały się istoty z innej planety. Podobnie jak w przypadku pomieszczenia, które widziałam w wizji z Vanessą i Tamitayą, miejsce, w którym się znaleźliśmy wypełnione było sprzętami, o których można by powiedzieć, że każdy był z innej bajki. Przed potężnym, hebanowym stołem, który najpewniej pełnił rolę lady w recepcji stały dwa wysokie, barowe krzesła. Podłoga wyłożona została różnego rodzaju płytkami – począwszy od zwykłych, białych, przez wymyśle, imitujące kamień, a kończąc na tych przeznaczonych dla najmłodszych, ze wzorem w rybki i inne morskie stworzenia. Pod ścianami ustawione zostały regały, na których w pewnym artystycznym nieładzie porozkładano książki i segregatory. Na ścianach powieszone zostały obrazy – a raczej zakupione w przeciętnym sklepie meblowym ramy i nic nie przedstawiające zdjęcia, które były w zestawie. U sufitu znalazło się kilka żyrandoli – były bogato zdobione, kryształowe, jak i również zwykłe, przemysłowe lampy, podobne do tych, jakie wykorzystywane są w szkołach. Nie będzie to zaskoczeniem, jeśli powiem, że każde z dziesiątek drzwi, jakie można było ujrzeć w pomieszczeniu, różniło się kształtem i kolorem. Mojej uwadze nie umknęły drzwi z symbolem męskiej toalety, które były uchylone i za którymi mieściło się niewielkie pomieszczenie biurowe z komputerem i kobietą ubraną w wygodny dres siedzącą za biurkiem.
Reasumując, pomieszczenie urządzone zostało jakby od niechcenia, z materiałów, jakie były pod ręką. Niemniej jednak nie można było powiedzieć, że nie było funkcjonalne. Biegający w tę i z powrotem ludzie – czy może raczej almightianie, zważywszy na to, że gdzieś w oddali mignęły mi postacie z zajęczymi uszami i orlimi skrzydłami – nie wpadali na siebie, a jedynie w biegu wymieniali miedzy sobą informację. Każdy miał swoje zadanie i starał się należycie je wykonać.
 Radford spojrzał na mnie, chcąc najpewniej wyczytać z wyrazu mojej twarzy reakcję na co najmniej komiczny wygląd pomieszczenia. Westchnęłam głęboko i uśmiechnęłam się.
-         Bez komentarza – rzuciłam. – Rób, co trzeba.
Brunet ruszył w kierunku pomieszczenia ukrytego za drzwiami od toalety. Bez skrupułów wtargnął do środka i usiadł na niskim, puszystym pufie. Niepewnie wślizgnęłam się za nim i stanęłam pod ścianą wyłożoną wzorzystą fototapetą.
Siedząca za biurkiem kobieta podniosła wzrok znad klawiatury komputera. Kosmyk rudych włosów zsunął się na jej twarz, ta jednak odgarnęła go szybkim ruchem dłoni. Radford bez słowa wyczekiwał jej reakcji, uśmiechając się w tajemniczy sposób.
-         Na rogi oryksa! – wrzasnęła kobieta i aż podskoczyła. Złożyła ręce, jak gdyby siedzący przed nią młodzieniec było co najmniej bogiem. – Wasza wysokość! – dodała, po czym skłoniła się nisko. – Książę, ty i twoja towarzyszka wyglądacie tak, jak gdyby napadło was stado rozwścieczonych murtentów. Co się stało?
-         Angelique. – Radford wypowiedział to imię z nieukrywaną rozkoszą. – Stało się coś zupełnie odmiennego. Napadli nas ludzie.
Chłopak zaakcentował ostatnie słowo, na dźwięk którego jego rozmówczyni aż odskoczyła.
-         Ach, ludzie! Niewdzięczne stworzenia! – rzuciła, a wyraz jej twarzy nie wróżył nic dobrego. – Dasz im palec, wezmą całą rękę!
-         Przestań, ludzie nie są tacy źli! – wtrąciłam się. Rudowłosa zamrugała oczyma i popatrzyła na mnie z zaskoczeniem. Gdy po raz kolejny odgarniała kosmyk włosów z twarzy, zobaczyłam na jej nadgarstku znak, który mienił się delikatnie w świetle zamocowanej u sufitu, gołej żarówki.
Radford obrócił się w moją stronę.
-         Lizz, przykro mi, nie mówisz po almightiańsku – stwierdził.
-         Co? – zdziwiłam się. Czy naprawdę mogłabym nie zauważyć, że rozmowa została przeprowadzona w innym języku? – Przecież mówicie po angielsku.
-         Rozumiesz, co mówimy? – Radford nie ukrywał zaskoczenia.
-         Oczywiście – odparłam.
Brunet na moment zwrócił twarz w kierunku Angelique, która przez cały czas przyglądała się nam z zainteresowaniem.
-         Wybacz na chwilę – rzucił, a kobieta pokiwała głową.
Chłopak wstał i zaciągnął mnie na korytarz.
-         Skąd możesz znać almightiański? – wypalił.
W jego głosie nie było wyrzutu czy też gniewu, a czyste zainteresowanie.
-         Tyle lat starałam się rozszyfrować ten wasz język. Niedawno mi się wdało. Teraz zaczęłam odnosić wrażenie, jak gdybym znała go od zawsze, a kolejne poszlaki przybliżające mnie do odkrycia sekretu tylko odświeżały mi pamięć – powiedziałam.
-         Przy tobie już nic mnie nie zaskoczy, Lizz. – Radford westchnął głęboko, a na jego twarzy pojawił się niewyjaśniony uśmiech. - Czyli jednak jesteś almightianką – stwierdził. – Albo był nim któryś z twoich przodków. To by wyjaśniało te wszystkie... anomalie dotyczące twojej osoby.
-         Śmiem wątpić – rzuciłam, mimo iż stwierdzenie Radforda rzeczywiście wiele tłumaczyło.
Chłopak spojrzał mi głęboko w oczy, zupełnie, jak gdyby starał się odnaleźć w nich coś, czego do tej pory nie dostrzegł.
-         Angelique jest almightianką – poinformował mnie. – Postaraj się mówić przy niej po almightiańsku, dobrze? – powiedział, nie ukrywając jednak niepewności, która go dręczyła.
-         Jasne, Rad – odparłam tonem osoby, której ktoś właśnie kazał pobiec ze Stanów Zjednoczonych do Włoch i przynieść pizzę z owocami morza w przeciągu kwadransu.
Wróciliśmy do gabinetu.
-         Moja przyjaciółka chciała powiedzieć, że ludzie nie są tacy źli, jacy się z pozoru wydają. Jestem skłonny się z tym zgodzić – powiedział brunet.
-         Jest człowiekiem? – spytała z lekkim wyrzutem Angelique.
Radford zastanowił się przez chwilę.
-         Nie – wypalił w końcu. – Ale almightianką też nie jest. Przynajmniej nie do końca.
-         Przybyłaś tu w poszukiwaniu własnego jestestwa? – kobieta zwróciła się do mnie.
-         Nie – Radford wyręczył mnie w odpowiedzi. – Potrzebujemy pomocy.
-         Co mogę dla was zrobić?
Kobieta oparła się o tył prostego, drewnianego krzesła i spojrzała na dwójkę poranionych, brudnych i zziębniętych nastolatków. Wydała mi się w tym momencie bardzo prymitywną i niedomyślną osobą.
-         Nie mamy zbyt wiele czasu. - Radford niechętnie podniósł się z miękkiego pufa. – Po pierwsze potrzebujemy lekarza, a zaraz potem kogoś, kto pomoże nam dostać się do Bramy przed jej zamknięciem.
-         Czeka cię tam pewna śmierć, książe! – Kobieta znów podskoczyła. – Straże dokładnie pilnują, czy aby prawowity następca tronu nie usiłuje powrócić do Jernese.
Twarz Radforda stężała, dłonie ścisnął w pięści.
-         Jestem tego świadom. Mimo to nie mam wyboru. Moje rodzeństwo zostało porwane przez wysłanników Patricka – rzucił.
-         Ah! – wrzasnęła Angelique. – Na oryksa... wy dwoje chcecie ich ocalić?
-         Raczej w pojedynkę – dorzuciłam się. Wyraz twarzy kobiety świadczył o tym, iż tym razem zrozumiała moje słowa. – Ja się nie znam na walce, raczej nic nie zdziałam.
Rudowłosa spojrzała na mnie z politowaniem i pokiwała głową.
-         Potrzebujecie broni, wsparcia? Wasza wysokość, mogę ci to wszystko zapewnić! – zaoferowała się, kładąc delikatną dłoń na zaciśniętej pięści Radforda. Chłopak wyprostował się.
-         Broń będzie w tym wypadku bezużyteczna. Chciałem, abyśmy pozostali niezauważeni. Znam zamek, znam tajemne przejścia. Chciałbym, aby udało nam się przedrzeć niepostrzeżenie do środka, uwolnić więźniów i wrócić na Ziemię. Myślę, że w tej sytuacji Elisabeth i jej niecodzienny spryt mogą okazać się bardzo przydatne. – Brunet zwrócił się w moją stronę i puścił do mnie perskie oko, na co odpowiedziałam uśmiechem.
Angelique cofnęła dłoń.
-         Mam nadzieję, że wiesz, co robisz, wasza wysokość – powiedziała, a w jej głosie dało się wyczuć niepokój. Wstała i otworzyła drzwi schowane w głębi pomieszczenia. – Chodźcie za mną – dodała.
Korytarz ciągnący się niemalże w nieskończoność od gabinetu Angelique był urządzony w nieco bardziej jednolitym stylu, zapewne z racji tego, że jego wystrój ograniczał się jedynie do jasnych ścian, wyłożonej panelami podłogi oraz dziesiątek żyrandoli i przeszklonych drzwi. Idąc przed siebie, mijaliśmy niezliczoną ilość pomieszczeń, w których krzątali się almightianie, a każdy z nich zajmował się czymś innym. Widziałam osoby pakujące żywność, piekące chleb, wytwarzające ubrania i obuwie oraz kogoś, kto z zaskakującą wprawą starał się naprawić komputer. Minęliśmy również dość zaawansowaną drukarnię i miejsce, gdzie wyrabiano naczynia z gliny. Jednym słowem, znaleźliśmy się w miejscu, w którym almightianie przygotowywali produkty, które potem transportowano na Danillię i przekazywano jej mieszkańcom.
Po kilku minutach wędrówki znaleźliśmy się w miejscu, skąd było już widać koniec korytarza. Zatrzymaliśmy się przed jedną z par drzwi, a Angelique otworzyła je i bezceremonialnie wtargnęła do środka.
Niewielki pokój przypominał nowoczesną chatkę czarownicy. Na półkach stały różne mikstury, przyprawy i tym podobne, znalazły się też grube księgi i stereotypowy kocioł. Miejsce to przyprawiło mnie o uczucie niepokoju.
-         Iris, mogę cię prosić? – powiedziała głośno rudowłosa.
Z głębi pomieszczenia wyłoniła się postać, która z całą pewnością nie pasowała do stereotypowego obrazu czarownicy. Mogła mieć trzydzieści lat, nie więcej. Była szczupła, miała krótko obcięte, czarne włosy i kontrastującą białą, bufiastą sukienkę do kolan, a do tego glany i pomarańczowy płaszcz przeciwdeszczowy. W ręku dzierżyła różdżkę.
-         Tak? – Głos nowoprzybyłej był słodki i delikatny jak u dziecka. Omiotła nas wzrokiem. Przez chwilę zatrzymała spojrzenie na moim nadgarstku, po czym niepewnie przeniosła je na twarz Angelique.
-         Ci dwoje są ranni – poinformowała ją rudowłosa. – Chciałabym, abyś ich opatrzyła, a potem odesłała do mnie. Ja przygotuję dla nich nocleg.
Kobieta nie protestowała. Kiwnęła głową na znak, że przyjęła zadanie.
-         Rozumiem – odparła. – Możesz na mnie liczyć.
-         Wasza wysokość. – Angeligue zwróciła się do Radforda. – Iris jest kimś, kogo na ziemi nazwalibyście lekarzem. Możecie jej zaufać.
Mój przyjaciel kiwnął głową, a rudowłosa opuściła pomieszczenie, z gracją zamykając za sobą drzwi.
-         Wasza wysokość? – zainteresowała się kobieta. – Z kim mam przyjemność rozmawiać?
Nie czekając na odpowiedź, Iris ujęła dłoń Radforda, podwinęła jego rękaw i przyjrzała się dokładnie symbolowi na jego nadgarstku.
-         Zaraz, nie jesteś... ach, tak. – Kobieta uśmiechnęła się tak, jak matka, która właśnie dowiedziała się, które z jej pociech zjadło ostatnie ciasteczko. – Książę Radford.
-         Zaiste. – Brunet zarumienił się i cofnął rękę.
-         A twoja towarzyszka to... – Kobieta odruchowo wyciągnęła rękę po moją dłoń, jednak zatrzymała ją w połowie drogi i z zainteresowaniem przyjrzała się mojej twarzy.
-         Gatunek bliżej nieokreślony – wypaliłam, a Radford uśmiechnął się pobłażliwie.
-         Rozumiem – stwierdziła Iris i skupiła się znów na Radfordzie.
Kobieta usiadła na niewysokim taborecie i skinieniem głowy wskazała nam szpitalną leżankę. Usiedliśmy bez słowa.
-         Pamiętam jak dziś dzień, kiedy to byłeś tu po raz pierwszy, wasza wysokość. – Iris wsparła głowę dłońmi. – Biedny, poraniony, roztrzęsiony książę... Jak wam się potem ułożyło na Ziemi, co?
-         Doskonale – odparł Radford. – Trojaczki znalazły pracę, ja chodziłem do ziemskiej szkoły, poznałem wiele wyjątkowych osób.
-         Takich, jak ona? – Kobieta kiwnęła głową w moją stronę.
-         Między innymi.
-         Jesteście parą? – rzuciła od niechcenia.
-         Nie – odparł spokojnie brunet. – Spotykam się z pewnym chłopakiem.
Radford zarumienił się i spuścił wzrok.
-         Nie powtarzaj tego nikomu, dobrze? – dodał cicho.
-         Jasne – odparła Iris, śmiejąc się. – Co was sprowadza na Danillię? Planujecie atak na króla?
-         Planujemy odbić moje rodzeństwo, które zostało porwane – wytłumaczył Radford.
W tym momencie uderzyła mnie myśl, której wcześniej nie uwzględniłam.
-         Rad, a skąd mamy pewność, że to Patrick ich porwał, co? – spytałam.
-         Tylko król ma do dyspozycji streechartsy. Za panowania mojego dziadka powstał dekret zakazujący hodowli tych stworzeń z racji tego, że byłby zbyt niebezpieczne i z łatwością można było wykorzystać je do złych celów. Wszystkie osobniki zostały schwytane i zamknięte w magicznie chronionej klatce, która uniemożliwiała im teleportację.
-         Skąd możesz wiedzieć, że wszystkie? – kontynuowałam.
-         Danillia nie jest tak duża, jak Ziemia – wtrąciła się Iris. – Ciężko jest coś tam ukryć. Dlatego uciekinierzy zwykle poszukują azylu na innych planetach. Takich, jak Ziemia.
-         Zgadza się – podsumował Radford i wstał z miejsca. – Iris, nie mamy zbyt wiele czasu.
-         Brama zastanie otwarta dopiero za dwa dni – przypomniała kobieta.
Radford ściągnął ubranie, ukazując umięśnione, ale i poważnie zranione ciało.
-         Z doświadczenia wiem, że dobrze jest mieć trochę czasu w zanadrzu. Mogłabyś to opatrzyć?
Chłopak rzucił ubrania na wolne miejsce obok mnie.
-         Oczywiście.
Kobieta podniosła się, a ton jej głosu i energia, z jaką się poruszała świadczyły o wręcz dziecięcym entuzjazmie. Usadziła Radforda na swoim dawnym miejscu i wybrała jedną z dziesiątek mikstur z półki, po czym nalała odrobinę na dłoń i rozprowadziła po klatce piersiowej chłopaka.
-         Spokojnie – mruknęła, kiedy chłopak syknął z bólu. – Poboli, przestanie.
Ciarki przeszły mnie na myśl, że za chwilę spotka mnie to samo, co Radforda. Nigdy nie przepadałam za wizytami u lekarza, a dentysty unikałam jak ognia. Koniec końców, starałam się żyć tak, by nie zaglądać do szpitala zbyt często. Aż tu nagle pewien uroczy Europejczyk postanowił zniweczyć mój plan.
Eh. Ostatni raz dałam się pokroić.

___
* Postać występująca w anime „Mirai Nikki” (Pamiętnik przyszłości), która cechowała się tym, że miała różowo-czerwone oczy (włosy zresztą też)
I jest! Ludzie, piszę to i piszę i skończyć nie mogę! No ale jest... skończyłam już tak na siłę, ale ostatecznie nie jest źle. Nie jestem do końca usatysfakcjonowana z powyższego rozdziału, ale mimo wszystko cieszę się, że akcja wyniosła się już z Tastentoon i robi się ciekawie. No ale nie jest idealnie... kiedyś to wszystko poprawię, teraz już niech tak zostanie.
Myślę, że kolejny rozdział pojawi się niebawem. Niedługo mam ferie (chyba w ostatnim terminie...), które zamierzam poświęcić na pisanie. Jestem dobrej myśli – jak zawsze, z resztą.
No to do następnego!